Prolog
Deszcz nie padał. On wlewał się z nieba wertykalną ścianą wody, a gęsty, pradawny las parował pod tym atakiem. Powietrze było tak ciężkie i mokre, że nie dało się nim oddychać; można się go było co najwyżej napić. Wąska, kamienna ścieżka była teraz strumieniem błota i gnijących liści. Z lewej strony Anny, w betonowym kanale, pędziła lodowata, szara woda lewady. Z prawej – kilkadziesiąt metrów pustki, która ssała wzrok w dół, ku niewidocznemu dnu wąwozu.
Nie patrzyła w bok. Całą swoją uwagę skupiła na czarnej plamie, która znikała i pojawiała się między gigantycznymi paprociami dwadzieścia metrów przed nią. Marek.
Poruszał się jak zjawa. Był szybki, zwinny, niemal płynny. Znał tę trasę, każdy śliski kamień, każdy wystający korzeń. To było jego terytorium. A ona była tu intruzem – ciężkim, głośnym, walczącym o każdy krok.
Walczyła też o każdy haust powietrza. Płuca miała ściśnięte żelazną obręczą, a każdy wdech smakował metalem i mokrą ziemią. Nogi, jakby zrobione z waty i ołowiu, groziły odmową posłuszeństwa przy każdym skoku. Ale zaciskała zęby i biegła. Gdzieś daleko za nią był João z obstawą, odcinając drogę powrotu. Ale tutaj, w sercu tego zielonego piekła, była tylko ona i on.
Wpadli w pierwszy tunel. Ciemność była jak uderzenie obuchem. Gęsta, wilgotna i absolutna. Jedyne, co istniało, to dźwięk. Ich nierówne, zduszone oddechy. Echo kapiącej ze sklepienia wody, która spływała jej za kołnierz. I ten szaleńczy, mokry plusk ich stóp w lodowatych kałużach.
Straciła go.
Na ułamek sekundy zamarła, a panika ścisnęła jej gardło. Wyciągnęła drżącą ręką telefon, włączając latarkę. Blady, drżący snop światła zatańczył po oślizgłych, skalnych ścianach i złapał jego plecy. Tuż przed wylotem. Ruszyła za nim, nie zważając na niski strop, o który uderzyła ramieniem. Ból był ostry, ale odległy. Zignorowała go.
Gdy wybiegli z powrotem w szarość dnia, usłyszała go. Daleki, głęboki pomruk, który z każdym krokiem narastał. Dudnienie, które wchodziło w kości. A wreszcie ogłuszający, biały szum. Wodospad.
Koniec trasy. Koniec ucieczki.
To dodało jej sił. Ostatni odcinek, ostatni, krótki tunel i wreszcie byli na miejscu.
Widok był brutalny. Znaleźli się w gigantycznym, naturalnym kotle, którego ściany, ociekające zielonym mchem, sięgały nieba. Pośrodku, z samego szczytu skalnej gardzieli, z hukiem spadała potężna wstęga wody, rozbijając się o czarną taflę jeziorka. Caldeirão Verde. Zielony Kocioł.
Marek stał na samym końcu ścieżki, na żwirowym brzegu. Był osaczony. Dyszał ciężko, opierając ręce na kolanach, a całe jego ciało drżało. Odwrócił się powoli. Deszcz i mgła z wodospadu przylepiły mu włosy do czaszki. W jego oczach nie było już walki. Była tylko czysta, bezbrzeżna pustka.
Anna zwolniła, podchodząc ostrożnie. Nie wyciągnęła broni. Jeszcze nie. Stanęła pięć metrów od niego, blokując jedyną drogę ucieczki. Deszcz spływał po jej twarzy, mieszając się z potem. Przez chwilę słychać było tylko ryk wody.
– Koniec, Marek – powiedziała. Jej głos, choć zdyszany, był twardy.
Spojrzał na nią, ale jakby jej nie widział. Po jego policzku spłynęła strużka wody, która mogła być deszczem, albo łzą. Wyprostował się.
– To nie... – wycharczał. – Wy... wy nic nie rozumiecie. To nie ja.
– Oszczędź sobie. Każdy tak mówi.
– Nie! – krzyknął, a jego głos na sekundę przebił się przez huk wodospadu. – Musicie mnie wysłuchać! Ona was wszystkich oszukała!
Anna zmrużyła oczy, czując, jak zimne krople uderzają ją w rzęsy. – Kto? Kto nas oszukał?
Marek otworzył usta. I zamknął je. Pokręcił tylko głową, a w jego spojrzeniu była porażka tak wielka, że aż nieludzka.
– Ona… – szepnął, choć w tym huku nie mogła go słyszeć; raczej wyczytała to z jego ust. – Zawsze chodziło o nią.